Skip to content →

Krótki przegląd zapowiedzianych gier Black Monka — Pyrkon 2018

Zazwyczaj w corocznych edy­c­jach Pyrkonu zaj­mowałem się głównie pisaniem relacji opartej na byciu wszędzie gdzie się da. W tym roku zostałem zapros­zony na zamknię­ty pokaz gier, w trak­cie którego poza zapoz­naniem się z ekipą Black Monk oraz recen­zen­ta­mi po fachu, miałem okazję przetestować kil­ka ciekawych gier, które jeszcze swej pre­miery nie miały lub będą miały ją w najbliższym cza­sie. Jeśli ciekawi jesteś­cie tego, co było zaprezen­towane przez wydawnict­wo na Pyrkonie, to nie mogliś­cie trafić lep­iej. Niek­tóre z tych gier zostały obec­nie wydane, ale nie zmienia to fak­tu, że warto o nich wspom­nieć.

Przyzywanie istot nie z tego świata

Tuż po wejś­ciu do sali w której odby­wał się zamknię­ty pokaz włączyłem tryb sokoła i wypa­try­wałem Vudul­hu. To był bard­zo dobry pomysł z tego wzglę­du, że zde­cy­dowana mniejs­zość się na ten tytuł rzu­ciła. W momen­cie w którym oble­gany był Mon­ster Slaugh­ter, ja czekałem za przyszły­mi ofi­ara­mi klątw. Dla tych co nie zna­ją, Vudul­hu to dru­ga gra z serii VuDu, w której rzu­camy na siebie klątwy, aby zdobyć najwięcej punk­tów i wygrać mag­iczny turniej. Ta wer­s­ja została uroz­maicona o kar­ty miejsc, które dzi­ała­ją jako klątwy na wszys­t­kich graczy oraz wieczne klątwy (otrzymy­wane po przekrocze­niu konkret­nego progu punk­towego) zostały zamienione na klątwy przed­wiecznych, które odsła­ni­a­ją straszny skutek po ich zła­ma­niu.

Przyz­na­ję, że grało mi się wyśmieni­cie. Bard­zo lubię gry związane z mita­mi Cthul­hu, a ten impre­zowy tytuł dał mi wiele fra­jdy. Nie mogę narzekać na wyko­nanie, które jest bard­zo podob­ne do pier­wow­zoru z tą różnicą, że laleczką jest mały Cthul­hu, który czeka na moment, w którym rzu­cisz klątwę. Odnośnie kart klątw jest bard­zo dobrze, bo są one zróżni­cow­ane i odniosłem wraże­nie, że niek­tóre z nich aż się proszą by zagrać jed­ną po drugiej. Ta pasu­ją­ca do siebie kumu­lac­ja to według mnie najwięk­szy plus, bo więcej fra­jdy daje oglą­danie jak się ludzie męczą z tym co mają niż to, że zagry­wa­jąc jed­ną klątwę trze­ba zła­mać drugą (miały tak niek­tóre kom­bi­nac­je w pier­wszym VuDu). Dodatkowo, wiodą­ca kląt­wa ciążą­ca nad wszys­tki­mi w postaci kar­ty miejs­ca zmusza innych do jak najczęst­szego zagry­wa­nia klątw i sprawdza­nia innych graczy. Obaw­iam się o regry­wal­ność, ponieważ na to cier­pi­ała pod­stawka, ale jestem dobrej myśli, bo moż­na obie wer­sje ze sobą złączyć.

W poszukiwaniu skarbów

Drugim tytułem w mojej kole­jce były Lochy i Kwo­ki. Jest to gra kar­ciana opier­a­ją­ca się na spostrze­gaw­c­zoś­ci, w której wcielamy się w poszuki­waczy skar­bów, którzy schodzą do tytułowego lochu. Loch wypełniony jest po brze­gi skar­ba­mi, ale pil­nu­je ich smok, więc musimy zręcznie zabier­ać skar­by gdy on śpi. W grze każdy gracz ma równy stos kart, na którym wid­nieje obrazek lochu oraz dwa rodza­je skar­bów. Poza tym na stole zna­j­du­je się drew­ni­ana skrzyn­ka (uży­wana w trak­cie sporu) oraz niebies­ki żeton z kur­cza­kiem (nasza dro­ga uciecz­ki przed smok­iem). Gracze jed­nocześnie odkry­wa­ją kar­ty skar­bów i szuka­ją którego przed­mio­tu (jed­nego z dwóch na kar­cie) jest najwięcej. Jeśli jeden jest najwięcej, to oso­ba, która pier­wsza wypowiedzi­ała jego nazwę zgar­nia kar­ty ze stołu. Jeśli są dwa, to oso­ba która pier­wsza złapie za skrzynkę zgar­nia zagrane kar­ty. Na ilus­trac­jach na każdej z nich może­my jeszcze zobaczyć pochod­nie i wystar­czy położyć rękę na kar­cie z zapaloną pochod­nią by zgar­nąć z niej skar­by, ale również może się pojaw­ić na kar­cie smok. W takiej sytu­acji gracze muszą jak najszy­b­ciej położyć dłoń na niebieskim żetonie. Ten, który położył ostat­ni pada ofi­arą smo­ka i musi odrzu­cić część skar­bów (czyli zdoby­tych kart), a wygry­wa oso­ba, która ma ich najwięcej.

Mimo tego iż nie jestem fanem gier na spostrze­gaw­c­zość, to przyz­na­ję, że gra ma potenc­jał. Może­my tutaj objąć w końcu różne tak­ty­ki, bo albo wypa­tru­je­my jakiego sym­bolu jest najwięcej by zgar­nąć więk­szość skar­bów, lub spoko­jnie zak­lepy­wać kar­ty z pochod­nią. Spotkanie ze smok­iem nie zawsze kończy się utratą kart, bo może­my mu wcis­nąć kartę z kur­cza­kiem. Przez to może­my ura­tować nasze ciężko skradzione zapasy. Ilus­trac­je też są ładne i prz­eróżne, co tylko polep­sza wraże­nie. Niem­niej, tytuł ma jed­ną wadę czyli właśnie pojaw­ie­nie się smo­ka. Wystar­czy, że jed­na oso­ba położy rękę na niebieskim żetonie, i wtedy już wiemy, że musimy to też zro­bić i w sum­ie wypa­try­wanie smo­ka schodzi na dru­gi plan.

Więcej skarbów, więcej łupu!

Prze­dostat­nią grą był niepo­zorny tytuł zwany Łupież­cy. Małe pudełko, z żet­on­a­mi pieniążków, kostka­mi sześ­ci­en­ny­mi oraz zestawem kart zain­try­gował, a fakt, że łączy się bezpośred­nio z Rig­orem Mor­tisem (Tak, mroczny wład­co dawało sporo fra­jdy), to nie mogłem się pow­strzy­mać aby nie zagrać. W grze będziemy tworzyć drużyny koci­ch (i nie tylko!) łupieżców, którzy chcą wykraść jak najwięcej skar­bów Mroczne­mu Wład­cy. Oczy­wiś­cie nie tylko my szyku­je­my łap­ki by dor­wać się do skar­b­ca, dlat­ego prze­ci­wni­cy zro­bią co mogą, byśmy tra­cili skar­by i do tego uszczu­plali naszą drużynę. W trak­cie gry będziemy zagry­wać łupieżców, którzy mają swo­ją ilość życia (oznacza­ją­ca ilość kostek których będziemy uży­wać w ich akc­jach), numer oczek który daje nam sukces (np 4 ocz­ka na obrazku łupież­cy daje sukces gdy wyrzucimy 4 lub niżej) i charak­terysty­czną cechę lub umiejęt­ność. Niek­tóre umiejęt­noś­ci dzi­ała­ją przy zagra­niu (czyli w fazie rekru­tacji) a inne są trak­towane jako spec­jal­na umiejęt­ność, czyli wyma­ga­ją odd­ziel­nej akcji. Może­my w ramach tury przeszuki­wać za łupem, atakować innych graczy lub korzys­tać ze spec­jal­nych zdol­noś­ci postaci. Gra się kończy gdy uzbier­amy konkret­ną ilość skar­bów (W zależnoś­ci do ilu graczy gramy, ta licz­ba się różni. W wypad­ku pię­ciu osób było to 10 skar­bów), albo gdy wyciąg­niemy wszys­tkie kar­ty obrazu Rig­o­ra Mor­ti­sa. Gdy będzie on ułożony, to wygry­wa oso­ba z najwięk­szą iloś­cią skar­bów.

Ta gra ma szan­sę być moją ulu­bioną grą wydaną przez wydawnict­wo i jest to jeden z bardziej ambit­nych tytułów, gdy patrzymy na rodzaj gier wydanych przez tą ekipę. Ilus­trac­je są piękne, tłu­macze­nie jest świetne (szczegól­nie imiona kotów są tłu­maczeniowo pomysłowe), a i sama gra to głównie kom­bi­nowanie w jaki sposób wyko­rzys­tać jak najlepiej umiejęt­noś­ci naszych łupieżców. To dzię­ki temu tworzymy kom­bi­nac­je, które nie opier­a­ją się na losowoś­ci, więc bard­zo częs­to się one uda­ją. Aczkol­wiek sytu­ac­ja się zmienia z rundy na rundę i trze­ba się za każdym razem dos­tosować do tego co obec­nie mamy. Wcale to nam nie zabra­nia szykowa­nia kart pod przyszłe ruchy. Rzu­ty kostka­mi są, ale akc­je pow­iązane z nimi nie są tak kluc­zowe jak dobre zarządzanie naszy­mi łupież­ca­mi. Jak dla mnie, szyku­je się lek­ka i świet­na zarazem gra.

 

A gdy w nocy budzą się upiory…

Nie mogłem odpuś­cić tego tytułu. Było o nim zbyt głośno, a śmiech z zapowiedzi tego tytułu pewnego człowieka z wydawnict­wa jest leg­endą, czyli Mon­ster Slaugh­ter. Tutaj wcielamy się w melanżu­ją­cych stu­den­tów, którzy jako miejsce swo­jej nieziem­skiej biby wybrali domek w lesie. Jak to bywa w slasher­ach, noc zapa­da, część stu­den­tów jest solid­nie wstaw­iona, a zło w formie przed­staw­icieli rodzin różnych gatunków hor­ro­rowych neme­sis budzi się i rusza polować. Jesteś jed­ną z tych rodzin i to Ty chcesz się w tej grze się najbardziej najeść i dor­wać tylko najlep­sze kąs­ki. Na początku wybier­amy rodz­inę, którą będziemy grać. Każ­da z nich skła­da się z ojca, mat­ki oraz dziec­ka — każde ma odręb­ne statysty­ki ruchu oraz ataku. Poza tym, każ­da rodz­i­na jest w czymś nieco lep­sza od innej. W grze staramy się wła­mać do tytułowego domu i poz­abi­jać wszys­tko co się rusza, niem­niej stu­den­ci są gotowi i rozłożyli wszędzie pułap­ki. Oni sami też nie są koniec końców bezbron­ni, bo każdy z nich ma swo­ją zdol­ność, która ma nam przeszkodz­ić w polowa­niu. Wyważamy drzwi, szukamy stu­den­tów, zjadamy ich i przeszkadza­my innym rodzi­nom w tym celu. Wraz z upły­wa­ją­cym cza­sem będą zmieni­ać się warun­ki polowa­nia poprzez kar­ty wydarzeń. Ruszaj, zabi­jaj i nie daj się zabić!

Zaprezen­towana była wer­s­ja testowa (aku­rat grałem po zamknię­tym pokazie), więc ciężko mówić mi o wyko­na­niu gry, niem­niej jest bard­zo ład­na a grafi­ki komik­sowe mają ciekawą kreskę. Muszę przyz­nać, że grało się przy­jem­nie rodz­iną wam­pirów, która może i nie była najlep­sza w wyważa­niu drzwi, lecz była bard­zo szy­b­ka i skutecz­na. Na początku obstaw­iamy który stu­dent według nas zginie w konkret­nej kole­jnoś­ci (co da nam ekstra punk­ty) i idziemy wyważać, plądrować i zabi­jać. W każdej rundzie może­my raz akty­wować człon­ka naszej rodziny, aby on wykon­ał dwie z trzech akcji takich jak ruch, przeszuki­wanie czy wyważanie drzwi. Każde wyważone drzwi dają nam punkt, lecz to ze stu­den­tów czer­piemy najwięcej korzyś­ci. Zbier­amy kar­ty które poz­wolą przeszkodz­ić innym, ataku­je­my stu­den­tów i sporo rzu­camy kostka­mi. Losowoś­ci nie jest aż tak wiele, bo na kostkach zna­jdziemy tylko dwa wyni­ki. Fajnie dzi­ała przeszuki­wanie poko­jów, bo to wiąże się zawsze z niewielkim ryzykiem wejś­cia w pułap­kę, ale gorzej jest w kwestii punk­towa­nia. Otóż dosta­je­my punkt za wyważanie drzwi, ale to jest nic w porów­na­niu do punk­tów z zabi­ja­nia, przez co tak niska wartość za wyważe­nie drzwi jest bez sen­su, bo robiąc to otwier­amy drogę dla innych graczy. Podoba­ją mi się pier­wsze fazy przeszkadza­nia, nato­mi­ast nie podobało mi się gdy ktoś potenc­jal­nie lekko sil­niejszy dostawał z wszys­tkiego złego co się da od innych. Gdy­by gra opier­ała się na pod­sta­wowej roz­gry­w­ce było­by nud­no, ale jeśli mnie pamięć nie myli to otrzy­ma ona sce­nar­iusze, które uroz­maicą roz­gry­wkę. Być może wtedy będę miał więk­sze nadzieje wobec tego tytułu.

Krótkie podsumowanie

Jak na pier­wszy raz nie spodziewałem się, że zamknię­ty pokaz będzie tak dobrze zor­ga­ni­zowany. Byłem bard­zo ciepło przyję­ty jako nowy w towarzys­t­wie, pokaz był solid­nie przy­go­towany, przekąsek nie brakowało jak i tytułów do ogra­nia. Zarówno ludzie na pokazie dobrze tłu­maczyli gry, jak i poza nim, czyli na stoisku (a szczegól­nie ekipa od Mon­ster Slaugh­er). Nastaw­iam się dobrze wobec tych zapowiedzi. Nie natrafiłem jak dotąd na grę, która mi się od samego początku nie spodobała. Są to tylko moje pier­wsze odczu­cia i wraże­nia z gra­nia, bo tylko jed­ną par­tię zdążyłem roze­grać w każdą z nich. Jeśli chodzi o final­ny werdykt, to muszę więcej razy przetestować powyższe tytuły. Cieszę się, że udało mi się na to znaleźć czas na kon­wen­cie, jak i na napisanie tego tek­stu dość dłu­go po kon­wen­cie.

Dziękuję wydawnictwu Black Monk za zaproszenie na pokaz i zapewnienie dobrej zabawy.

Człowiek Gołomp

Człowiek z głową gołębia i ciałem człowieka. W planszówki gram od 2014 roku i też od wtedy zacząłem o nich pisać. Lubię filmy, seriale, czasami też pogram w papierowe RPGi, jak i te komputerowe. Zazwyczaj konwenty przemierzam w formie gołębiej lub zmorfowany w Zielonego Rangera.

Published in Relacja Unsorted