Skip to content →

Warszawskie Targi Fantastyki 3/4 — Podróż

Przed Wami dzisi­aj his­to­ria pewnej podróży… Mieliś­cie już okazję zobaczyć jak baw­iliśmy się na tar­gach, poczy­tać o grach plan­szowych i fab­u­larnych. Ter­az nad­szedł czas na opowieść o wiele bardziej.… dra­maty­czną.

Dramat w dwóch aktach:

Akt I Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę

Osoby dramatu:

R — Rafał; M — Mateusz; G — Gołomp; K — Kuba

R: Naprawdę rzad­ko jeżdżę gdzieś za pośred­nictwem PKSów. Zazwyczaj korzys­tam z samo­chodu czy też pociągu. Niem­niej serce z cebu­li Mateusza jako dogod­ną opcję wybrało oczy­wiś­cie naj­tańszy możli­wy prze­jazd do Warsza­wy, czyli wyżej wymieniony PKS. Kiedy kupowałem bilet nor­mal­ny za boda­jże jakieś 18 zł, nie byłem nawet w stanie sobie wyobraz­ić, co mnie spot­ka pod­czas podróży… Ale nie uprzedza­jmy fak­tów.

Przed wyrusze­niem w drogę należy zebrać drużynę… Kieru­jąc się tym hasłem około godziny 1:00 w nocy wyszedłem na przys­tanek auto­bu­sowy. Krót­ka podróż noc­nym gepar­dem komu­nikacji miejskiej doprowadz­iła mnie na przys­tanek docelowy Gar­bary. Tamże doszły mnie słuchy, iż ostat­nio widziano mojego dawnego towarzysza broni Mateusza. Użyłem więc spec­jal­nego narzędzia komu­nika­cyjnego, aby go powiadomić o mej lokaliza­cji. Czeka­jąc miałem chwilę, by roze­jrzeć się po okol­i­cy. Musi­cie wiedzieć, że Byd­goszcz nocą, nawet w trak­cie week­endu, jest raczej pus­ta i spoko­j­na. Niem­niej jed­nak nawet mnie, a urodz­iłem się tutaj, potrafi cza­sem zaskoczyć. Sto­jąc nieopo­dal torów tramwa­jowych napotkałem  śla­dy Kop­ciusz­ka. Na prze­jś­ciu dla pieszych wiodą­cym w kierunku tramwa­ju, leżał samot­nie czarny pantofelek. Leżąc w pełni swego majes­tatu za nic miał nad­jeżdża­jące samo­chody. Zas­tanaw­iałem się czy pojawi się jak­iś książę i pod­niesie samot­ny but mar­ki bale­ri­na z cek­ina­mi. Swo­ją drogą, jak na mag­iczny pantofelek, to dość tandet­nie wyglą­dał, ale cóż, jakie mias­to taki Kop­ciuszek. Z tych rozważań wyr­wał mnie przy­jazny tem­br gło­su Mateusza, prze­chodzącego obok obiek­tu mych prze­myśleń bez najm­niejszego zdzi­wienia.

M: Tak, skwitowałem komiczną minę Rafała stwierdze­niem: „No co? Taka okoli­ca“. Ten sto­icyzm był jed­nakże tylko pozorem, albowiem moja wyprawa zaczęła się od kołaczącego po głowie pyta­nia “Kto wpadł na taki debil­ny pomysł, by jechać do Warsza­wy o 2 w nocy (i to jeszcze PKSem!), aby zaoszczędz­ić parę marnych groszy?!”. Byłem gotów zwymyślać owego pomysło­daw­cę stertą obelg, wygrażać mu pięś­cią i dopinać nieszczęśnikowi na każdym kroku, lecz prob­le­mem było to, że pomysł należał do niko­go innego jak właśnie mnie. Podroży z mojego siedliszcza towarzyszyły więc przek­leńst­wa typu “zaraza”, “psia kość” czy “Demon­iszcze! Tysią­clet­nia wskazówka i krewet­ki!”, a tu Rafał kon­tem­plu­je jeszcze damskie obuwie.

R: Postanow­iliśmy jed­nak dłużej nad prob­le­mem tej noc­nej femme fatale w jed­nym bucie się nie zas­tanaw­iać i  ruszyliśmy w dal­szą podróż pros­to na spotkanie z kole­jnym bohaterem. Zbliża­jąc się w oko­lice kar­czmy Savoyem zwanej spotkaliśmy, jak zwyk­le nieco wczo­ra­jszego albo przy­na­jm­niej spraw­ia­jącego takie wraże­nie, Redak­to­ra Naczel­nego. Adam jak zawsze krzy­czał coś o Człowieku Gołem­piu i Pow­er Rangers. Nie za bard­zo znam kono­tac­je tych dwóch tem­atów, ale nie mnie oce­ni­ać słowa naszego „Pro­ro­ka z Inowrocław­ia”. Tako więc nasz naczel­ny zak­tu­al­i­zował nam zadanie w dzi­en­niku questów, po czym ruszyliśmy zad­ki dalej. W takiej kom­panii dro­ga nie dłużyła się ani chwili. Bez przeszkód dotar­liśmy na dworzec PKS, na którym stał już nasz ostat­ni, lecz niem­niej ważny towarzysz. Prawdzi­wy człowiek rene­san­su, który żad­nej pra­cy się nie boi i praw­dopodob­nie każdej się już imał, od drwala po zgłębian­ie tajników Javy… Poz­na­j­cie Kubę. Żebyś­cie mieli pełne wyobraże­nie tego człowieka – Najpraw­dopodob­niej gdy­byśmy zagu­bili się w środ­ku lasu to był­by w stanie postaw­ić nam tam willę z patyków, wykopać dół pod basen po czym przynieść kap­cie z lis­towia. Na całe szczęś­cie w miejskiej dżungli nie było takiej koniecznoś­ci.

K: Owszem, stra­ch jest mi obcy, w prze­ci­wieńst­wie do całej resz­ty ekipy, ja jako jedyny zmierza­łem na dworzec samot­nie (miąg­wy!). Sprawdz­iłem szy­bko noc­ne auto­busy, żeby utwierdz­ić się w przeko­na­niu, iż żaden mi nie pasu­je. Miałem jed­nak wystar­cza­ją­co dużo cza­su, aby te parę kilo­metrów prze­jść piechotą. Jako, że noc z piątku na sobotę jest obfi­ta w różne imprezy „na mieś­cie”, to nie mogłem nie wpaść na jed­ną z gru­pek powraca­ją­cych z takowych eska­pad. Już z dale­ka widzi­ałem jak prosty chod­nik wręcz wije się pod noga­mi osob­ników zmierza­ją­cych w moją stronę. Chci­ałem obok grupy prze­jść szy­bko i bezkolizyjnie, jed­nak jakieś 5 metrów ode mnie w końcu mnie dostrzegli. Na szczęś­cie obeszło się tylko na pyta­niu o godz­inę i serdecznym „Dzię­ki mor­do!”. Kilka­naś­cie min­ut później dotarłem już na Dworzec PKS, gdzie po chwili dołączyła do mnie cała kom­pa­nia wypad­owa.

Jak już jesteśmy w tema­cie rzec­zonego dwor­ca… Nie wiem czy wiecie jak wyglą­da to miejsce nocą? Jest ciem­no. Ale nie, że ciem­no jak na uli­cy w nocy. Ciem­no jak w kopal­ni węgla 400 metrów pod ziemią. A oczy­wiś­cie, miejsce to nigdy nie zostało wzbo­ga­cone w takie cuda tech­nologii jak elek­tron­iczne wyświ­et­lacze odjazdów czy cokol­wiek. Tak więc, aby ustal­ić skąd odjeżdża nasz auto­bus musieliśmy obe­jść wszys­tkie przys­tan­ki świecąc tele­fon­a­mi po rozkładzie jazdy. W końcu się udało. W oczeki­wa­niu na auto­bus mieliśmy tyle cza­su, że redak­tor naczel­ny zdążył wyjaśnić najs­tarsze­mu z nas Mateuszowi, czym jest Inter­net.

G: Trze­ba było starusz­ka prze­cież przeszkolić w tej dziedzinie, a i mi czas szy­b­ciej płynął… Stało się! O godzinie drugiej w końcu pod­jeżdża pod stanowisko piękny, obsz­erny, nowoczes­ny, w więk­szoś­ci pusty auto­bus jadą­cy do Warsza­wy… a za nim był nasz, który pewnie robił wraże­nie, ale 20 lat temu.

M: Dokład­nie, nadzieje nasze były płonne. Kierow­ca pasował do całego obraz­ka. Z maniera­mi rodem z stołówek PRLu zaprosił nas do środ­ka, a w oczach moich towarzyszy dostrzegłem tylko jed­no, nieme pytanie “Kto wpadł na taki debil­ny pomysł…?” Przy­pom­nę, ja.

Akt II Najdłuższa podróż

G: Również przy­pom­nę, Mateusz. Drzwi do tej kap­suły cza­su się otworzyły, a jako naczel­ny wszedłem na pomost pier­wszy, podałem bilet i to, co ujrza­łem w środ­ku to nie były równo ułożone miejs­ca dla pasażerów. To był sleep­room w formie mobil­nej. Rzędy siedzeń były zajęte przez prz­eróżnej maś­ci ludzi, z czego więk­szość z nich spała, lecz dob­ie­ga­jące z ich zaję­tych siedzeń chra­panie mogło sug­erować iż niewiele mają do czynienia z ludzkim orga­nizmem. Widząc to przeszedł mnie solid­ny dreszcz. Na szczęś­cie potem przemówił kierow­ca i zrozu­mi­ałem, że nie jest on byle kim. Tubal­nym głosem nakazał chrapiące­mu odd­zi­ałowi zwol­nić miejs­ca, ale niewiel­ka jego część się do tego kwapiła. Jed­no było pewne, nie obudz­imy ich hałasem. Niepewnym było czy jeśli się obudzą to nie skon­sumu­ją naszych dusz. Rozpoczęliśmy marsz między siedzeni­a­mi, wypa­tru­jąc pustych foteli. Najpierw Aleris znalazł jed­no wolne od zewnętrznej, potem Kuba nieco za nim, a na końcu Mateusz i ja… na tyłach auto­busu. Ucieszyłem się, bo były tam aż trzy miejs­ca wolne, ale mój entuz­jazm opadł, gdy tylko zobaczyłem jak niewielkie one są.  Dzię­ki uroczej parze siedzącej przed nami, która odchyliła fotele maksy­mal­nie do tyłu, było cholernie cias­no oraz duszno i nie zapowiadało się, że będzie lep­iej. Gdy auto­bus ruszył zaczął się ist­ny tetris na arcymistr­zowskim poziomie, bo już wiedzi­ałem, że znalezienia miejs­ca na kurtkę oraz ple­cak będzie wyma­gało zro­bi­e­nie dzi­ury w fotelu. Kole­jnym zadaniem była pró­ba ułoże­nia się do snu, istne Dark Souls w auto­bus­ie z kierown­icą zami­ast pada. Kom­bin­u­jąc na kilka­dziesiąt różnych sposobów znalazłem odpowied­nią pozy­cję — oparłem się na fotelu tak ochoc­zo pochy­lonym przede mną (szach mat wred­na paro!). Dodatkowo z Mateuszem mieliśmy ułatwie­nie w formie słuchawek, z których wydoby­wała się muzy­ka koją­ca do snu. Nieste­ty Kuba musi­ał trudz­ić się z tym samym zadaniem w rytm filmików z ukraińskiego youtube’a puszczanego z akom­pa­ni­a­mentem głośnej i zawz­iętej debaty teo­log­icznej…

K: Zde­cy­dowanie, mój najwięk­szy błąd przy wyborze tego miejs­ca siedzącego w auto­bus­ie to to, że jako jedyny nie wziąłem słuchawek i nie mogłem się odciąć od ¾ moich prob­lemów w podróży. Nieste­ty, za głupotę się płaci wysoką cenę. Przez więk­szość trasy czułem się jak w kinie 4DX na filmie „Zeszłoroczny zajączek z czeko­la­dy”. Na miejs­cu obok mnie spała kobi­eta, nieste­ty chra­pała jako jedy­na w auto­bus­ie. To znaczy “chra­pała” to jedyne słowo jakie przy­chodzi mi na myśl, gdy kat­a­l­o­gowałem ten dźwięk, bo równie dobrze mogła wzy­wać jakiegoś przed­wiecznego! Na miejs­cu obok mnie, po prze­ci­wnej stron­ie auto­busu siedzieli zaś pra­cown­i­cy ze wschodu, sądząc po języku jakim się posługi­wali. Nieste­ty nie mieli słuchawek, a cią­gle oglą­dali jakieś teledys­ki z ich­niej częś­ci inter­ne­tu. Nie omieszkali również kil­ka razy naświ­etlić mi twarz komórką, gdy ręka nieco prze­sunęła się na wybo­ju na drodze. Kil­ka miejsc za mną, po prze­ci­wnej stron­ie siedzieli kole­jni intere­su­ją­cy osob­ni­cy. Była to para, która przez więk­szość cza­su prowadz­iła dys­putę na tem­aty religi­jne, moralne i świato­poglą­dowe. Poruszyli kil­ka różnych tem­atów, a do mnie prze­bi­jały się tylko ury­w­ki (oczy­wiś­cie pomiędzy muzyką wschod­nio-europe­jską i przyzy­waniem przed­wiecznego). Ostat­nim osob­nikiem, którego zachowanie mogłem szczegółowo doświad­czyć, to kole­ga ludzi od teledysków. Ten był cichy i w sum­ie nie przeszkadza­ł­by mi, gdy­by po pros­tu spał. Nieste­ty on musi­ał rozłożyć fotel, zająć dwa miejs­ca siedzące i przekładać się z jed­nego na drugie co jakieś 10 min­ut. Trze­ba wam wiedzieć, że należę do osób wyso­kich i mam prob­lem ze zmieszcze­niem nóg, gdy siedzenia są złożone. Tak więc kom­bi­nac­ja rozłożonego fotela i przeskaki­wa­nia z miejs­ca na miejsce powodowała u mnie tylko ciągłe sprawdzanie, czy kolana nie wygi­na­ją mi się już w drugą stronę. Wraca­jąc jed­nak do tytułu fil­mu „Zeszłoroczny zajączek z czeko­la­dy”. Ta podróż była właśnie jak taki zajączek. Spodziewałem się słod­kiej i pełnej nadziei podróży, a otrzy­małem kurz i rozczarowanie. Ratowało mnie to, że Rafał zasi­adł jed­no miejsce przede mną po prze­ci­wnej stron­ie auto­busu, więc mogłem zachować z nim  jako taki kon­takt.

 

R: Mięcza­ki… wcale nie było tak źle… No dobra nie spałem całą noc, a przede mną dzień pełen wrażeń… ale no rozpieszc­zone Mil­lenial­sy z tej mojej ekipy… Tylko by narzekali. Pewnie oczeki­wali, że za te 18zł przewiezie ich zło­ty Lin­coln. No nic, czas ruszać w dal­szą podróż

Aleris

Moja przygoda z grami planszowymi zaczęła się już we wczesnej młodości, gdyż w wieku lat siedmiu zacząłem z tatą odkrywać tajniki szachów, Grzybobrania, Eurobiznesu (na którym w końcu każdy się wychował), itp. Powoli przerzuciliśmy się na bardziej zaawansowane jak na lata 90-te produkty firmy MB Parker. Operacja, Upiorne Zamczysko czy Pułapka na myszy do dnia dzisiejszego kurzą się na strychu. Później w moim sercu miejsce dla siebie znalazły RPG-i. Przez długi czas nie myślałem o powrocie do zwykłych gier planszowych. Wszystko zmieniło się, gdy urzekł mnie opis gry pod tytułem Munchkin... Bez dłuższego zastanawiania się zainwestowałem w tę pozycję i tak bardzo wciągnęła moich znajomych - nie raz skracaliśmy sesję, ażeby tylko trochę popsuć sobie nawzajem krwi przy zdobywaniu skarbów i poziomów. Następne wydarzenia potoczyły się niemalże lawinowo. Noc Planszówek organizowana przez Centrum Gier Pegaz, wciągnięcie znajomych... Od zakupu Munchkina mijają niespełna 3 lata. Dziś już wiem czym są gry kooperacyjne, co mi się w grach podoba, a co nie.

Kiedy przyjaciel zapytał mnie czy chcę uczestniczyć w projekcie The Fellowship of the Board (choć jeszcze się tak nie nazywał) nie miałem najmniejszych wątpliwości. Zabrałem ciężki wolumin księgi zaklęć i ruszyłem by wesprzeć dawnego towarzysza.

Published in Relacja