Skip to content →

[RELACJA] Warszawskie Targi Fantastyki 1/4 : Wystawcy planszowi

Cześć, tu Gołomp, dawno mnie nie czy­tal­iś­cie co? Ter­az może­cie nadro­bić z naw­iązką 😉 Dzisi­aj zaczy­namy ser­ię postów związanych z naszym małym wypa­dem, baw­cie się dobrze :).

Warsza­wskie Tar­gi Fan­tasty­ki od strony plan­szówkowej były zasi­lane przez takie wydawnict­wa jak Rebel, Black Monk, Games Fac­to­ry, Games Work­shop oraz Fox Games. Wszys­tko było usy­tuowane mniej więcej obok siebie na trzec­im piętrze, z wyjątkiem Fox Games, które prezen­towało swo­je towary na drugim. „Nasza Księ­gar­nia”, „Lac­er­ta” oraz “Ver­ti­ma” tworzyli games room, który cieszył się sporym zain­tere­sowaniem.

Składał się on z kilku sto­lików, na których leżały gotowe takie tytuły jak Lord of Hel­las, Patch­work Express, My Lit­tle Scythe, oraz inne. Więcej cza­su zle­ci­ało mi na roz­mowach niż na gra­niu, niem­niej bard­zo dobrze mnie zapoz­nano z dodatkiem do Great West­ern Trail (który stał się dla mnie jeszcze bardziej kuszą­cy), a w kole­jnej wol­nej chwili zaprezen­towano mojej zna­jomej i mnie “Paszcza­ki”. Miejs­ca były reg­u­larnie zaj­mowane, ale gdy już się znalazło takowe, to pra­cown­i­cy nawet na szy­bko byli w stanie wygrze­bać ciekawy tytuł, wysłuchu­jąc uprzed­nio czego szukamy w danej chwili. Nie ma to jak dobrze przy­go­towane i zor­ga­ni­zowane stoiska.

Pra­cown­ik z Naszej Księ­gar­ni bard­zo szy­bko wyjaśnił nam zasady gry. Jest to rodzin­na gra, w której naszym celem jest zebranie najwięk­szej iloś­ci Paszcza­ków. W talii są ich prz­eróżne rodza­je, gdzie na kar­tach mamy zaz­nac­zone ile jest kart danego typu w niej. Gra rozpoczy­na się z wys­taw­ie­niem pier­wszego Paszcza­ka, a rozpoczy­na­ją­ca oso­ba ze star­towego zestawu pię­ciu kart zagry­wa paszcza­ka kładąc go sąsiadu­ją­co do innego, bądź pio­nowo. Następ­nie dobiera kartę i prze­b­ie­ga tura kole­jnego gracza. Celem jest zamykanie zestawów paszcza­ków tak, aby po jed­nej i po drugiej stron­ie była taka sama kar­ta. Wtedy zbier­amy cały ciąg i z pozostałych kart tworzymy kole­jne (które moż­na również łączyć ze sobą), a wygry­wa ta oso­ba, który na koniec będzie miał najwięcej kart. Nieste­ty, trochę pokopal­iśmy drob­ną zasadę (pewnie efekt słabo przes­panej nocy w PKSie) przez co roz­gry­wka nam się do koń­ca nie udała (dokładal­iśmy kar­ty z ciągów do ręki zami­ast na odkładać na bok, uro­ki pier­wszego gra­nia), niem­niej początkowo grało się bard­zo przy­jem­nie i szy­bko, ale szare komór­ki uruchami­a­ją się przede wszys­tkim na końcu, bo dopiero wtedy więk­szość kart zosta­je zagrana. Żału­ję, że nie zdążyłem zagrać w następ­ną pro­ponowaną grę, ale na szczęś­cie resz­ta zespołu się zajęła inny­mi tytuła­mi. O ich wraże­ni­ach opowie Rafał.


W cza­sie gdy Naczel­ny sza­lał z koleżanką jak to opisał powyżej, razem z chłopaka­mi mieliśmy nieby­wałą przy­jem­ność przetestować dwie pozy­c­je, które nadal czeka­ją na swo­ją pre­mierę za sprawą wydawnict­wa Pha­lanx. Pier­wszym tytułem, którego abso­lut­nie żaden z nas nie chci­ał odpuś­cić to nowe szaty kul­towego białego kru­ka. Nan­ty Nark­ing to gra na pod­staw­ie mechani­ki Świa­ta Dysku – Ankh Mor­pork, osad­zona w wik­to­ri­ańskiej Anglii. Podob­nie jak w pier­wow­zorze mamy 7 ukry­tych ról, z których wylo­su­je­my jed­ną na początku par­tii, co będzie deter­mi­nowało o naszym celu. Sama roz­gry­wka to dokład­nie to samo co mieliśmy okazję widzieć w adap­tacji prozy Pratch­et­ta. Nieste­ty nie ma już tego absurdal­nego humoru jak dawniej, mimo iż kar­ty dzi­ała­ją iden­ty­cznie, różniąc się jedynie nazwa­mi i grafika­mi. Jak już przy nowych szat­ach króla… (No może nie do koń­ca króla choć cenowo egzem­plarze Świa­ta Dysku celu­ją chy­ba w pom­niejszych możnowład­ców) to jest o wiele lep­iej. Nie zrozum­cie mnie źle. Ory­gi­nał prezen­tował się wyśmieni­cie, acz tutaj drew­ni­ane znaczni­ki, które zmusza­ły do pobudzenia wyobraźni, zastą­pi­one zostały pełny­mi detali mod­e­la­mi. Każdy budynek wyglą­da troszeczkę inaczej. Tak samo agen­ci, każdy robi coś innego. No właśnie fig­ur­ki są dynam­iczne, uch­wycone w trak­cie jakiejś codzi­en­nej czyn­noś­ci. Do becz­ki mio­du należy dodać jed­nak nieste­ty łychę dzieg­ciu. Według nas plan­sza którą dosta­je­my jest strasznie mało czytel­na. Trud­no jest stwierdz­ić w której dziel­ni­cy stoi dana fig­ur­ka. W Ankh Mor­pork każdy dys­trykt miał swój kolor, tutaj nieste­ty wszys­tko jest w podob­nej tonacji, a granice nadal poprowad­zono pod jakim­iś dzi­wny­mi (nieeuk­lides­owy­mi? Co pan tu robi Panie Love­craft) kąta­mi. Pod­sumowu­jąc, jeśli nie macie jeszcze Świa­ta Dysku, a bard­zo byś­cie chcieli to śmi­ało. A może bardziej krę­ci Was możli­wość wcie­le­nia się w Sher­loc­ka Holme­sa, zami­ast komen­dan­ta Vime­sa, i pokrzyżowanie szyków Moriarty’ego? Naw­iasem mówiąc Mateusz będą­cy zapalonym fanem Pratch­et­ta (nie żar­tu­ję, aut­en­ty­cznie oczy mu zaczy­na­ją świecić jak ktoś o nim wspom­i­na) był zach­wycony nową odsłoną, wniosku­ję zatem, że nawet zat­wardzi­ałym fanom dawnej skór­ki, ta wer­s­ja wyda się atrak­cyj­na.

Dru­gi tytuł, który niebawem ukaże się na półkach skle­powych za sprawą wydawnict­wa PHALANX to My lit­tle Scythe. Bru­talne realia powo­jen­nego świa­ta wykre­owanego przez Jaku­ba Różal­skiego połąc­zone z cukierkowy­mi, przy­jazny­mi dzieciom kucyka­mi pony? Ta gra nie mogła być prze­cięt­na. W isto­cie nie jest. Celem gry jest zdoby­cie czterech osiąg­nięć. Aby tego dokon­ać w swo­jej turze wybier­amy jed­ną z raptem trzech akcji – ruchu, poszuki­wa­nia surow­ców lub roz­wo­ju. Jesteśmy nagradzani za pomoc innym grac­zom co jest ciekawym zabiegiem ale pasu­je fab­u­larnie. Kiedy decy­du­je­my się na przeszuki­wanie okol­i­cy celem znalezienia surow­ców, może­my dobrowol­nie odd­ać je innemu grac­zowi (pod warunk­iem że koś­ci nam sprzy­ja­ją) co prze­suwa nas wyżej na torze przy­jaźni (ana­log­icznym do toru pop­u­larnoś­ci w starszej siostrze) Zami­ast bitew znanych z klasy­cznej kosy, mamy wal­ki na cias­ta. O dzi­wo mechani­ka wal­ki dzi­ała tak samo. Mamy tor ciast i w tajem­ni­cy przed prze­ci­wnikiem zaz­nacza­my na kolistym wskaźniku ile ich zuży­je­my pod­czas poty­cz­ki. Jeżeli takowe mamy, może­my dorzu­cić kar­ty bitewne, zwięk­sza­jące naszą siłę. Żeby zwyciężyć będziemy musieli starać się uzyskać osiąg­nię­cia takie jak wyso­ka pozy­c­ja na torze mil­i­tarnym czy przy­jaźni, zwycięs­ka poty­cz­ka, dwa rozwinię­cia a także za doniesie­nie odpowied­niej licz­by surow­ców do cen­tral­nego kafel­ka plan­szy. Jest jeszcze jed­na bard­zo ciekawa mechani­ka, wyróż­ni­a­ją­ca tę grę. Otóż w przy­pad­ku niskiej pozy­cji na torze przy­jaźni nie może­my zdoby­wać osiąg­nięć. Proste rozwiązanie a zupełnie zmienia styl gry. Moim skrom­nym zdaniem jest to bard­zo przy­jem­na plan­szówka do gra­nia w rodzin­nym gronie. Dzieci­a­ki łat­wo załapią zasady a dorośli gracze nie będą się nudz­ić.

Człowiek Gołomp

Człowiek z głową gołębia i ciałem człowieka. W planszówki gram od 2014 roku i też od wtedy zacząłem o nich pisać. Lubię filmy, seriale, czasami też pogram w papierowe RPGi, jak i te komputerowe. Zazwyczaj konwenty przemierzam w formie gołębiej lub zmorfowany w Zielonego Rangera.

Published in Relacja