Skip to content →

Hunger — the show, czyli jak mogłeś ukraść mi ostatni owoc!

Upał i skwar są bezl­i­tosne. Pla­ga szczurów zaatakowała obo­zowisko i zniszczyła ostat­nie zapasy kon­serw. Cóż, żeby przetr­wać musisz opuś­cić bez­pieczną stre­fę i udać się na polowanie do dżungli. Czu­jesz się samot­ny i opuszc­zony. Nie tak dawno ktoś, kogo miałeś za przy­ja­ciela, ukradł Two­je owoce i z satys­fakcją zjadł je na Twoich oczach. I nie tylko Twoich, świado­mość poraż­ki przed mil­ion­a­mi widzów jest przytłacza­ją­ca. Czas na spek­taku­larne odbi­cie się od dna. Wyrusza­sz, by zdobyć upragnione mię­so i … przy­pad­kiem strą­casz stosik żetonów, trze­ba prz­er­wać grę, by posprzą­tać.

Zapraszam do przetr­wa­nia razem ze mną w Hunger – the show!

Iść, ciągle iść w stronę słońca

Od wydawnict­wa Pha­lanx otrzy­mu­je­my niezbyt duże, ale solid­nie wyko­nane pudełko. Zmieś­ciło się do więk­szoś­ci toreb bez prob­le­mu i pod­czas wielokrot­nych podróży komu­nikacją miejską nie uległo zniszczeniom. Sza­ta graficz­na jest iście waka­cyj­na – błęk­itne niebo, bezlud­na wys­pa i 6 śmi­ałków. Poprawność poli­ty­cz­na została zachowana, gdyż mamy przed­staw­icieli wszys­t­kich ras. Zwyk­le iry­tu­je mnie, zbyteczny w wielu grach. negliż bohaterów, tak tutaj jest on w pełni zrozu­mi­ały. W końcu będziemy brać udzi­ał w telewiz­yjnym show i jakoś się już w społecznoś­ci przyjęło, że lep­iej odsłonić niż zakryć. Sama kres­ka jest miła dla oka, niby niech­lu­j­na, bo wykończenia kolorysty­czne są niedokładne, ale oso­biś­cie bard­zo mi odpowia­da.

Po otwar­ciu kar­tonu otrzy­mu­je­my stos żetonów i kart. Naszą plan­szą jest wnętrze pudła (określe­nie tego jako plan­sza 3D niezmiernie mnie rozbaw­iło). Ma to swo­je plusy i minusy – brak osob­nej pod­stawy do gra­nia wyma­ga wyrzuce­nia wszys­t­kich ele­men­tów, co ułatwi znacznie ich zgu­bi­e­nie. Z drugiej strony, gra przez to zaj­mu­je o wiele mniej miejs­ca = mniejsze opakowanie. Aby nie pogu­bić tak łat­wo ele­men­tów, dodano worecz­ki strunowe na kar­ty i żetony. Nie wiem, czy mój spry­t­ny plan poukłada­nia tego, był zły (acz zna­jo­mi mówili, że dla nich to też jedyny sen­sowny), ale zabrakło mi jed­nego, by wszys­tko było ide­alne. Niby nie jest to istotne, ale musi­ałam okraść Alerisa, żeby nie uciekły mi kur­cza­ki wrzu­cone luzem do pudeł­ka.

Żetony wycięte praw­idłowo, z ład­nym grafika­mi, przed­staw­ia­ją wspom­ni­ane kur­cza­ki, ele­men­ty tratwy, owoce i kokosy. Po jed­nej stron­ie mamy sam obrazek, po drugiej razem z liczbą, która mówi o tym, jak wartoś­ciowy jest łup. Odpowied­nią ich liczbę będziemy ustaw­iać w stertę na plan­szy, co jest dość frus­tru­jące, bo co chwilę ktoś ją przewraca i rozpoczy­na się chaos. Kar­ty dzie­limy na: wiz­erun­ki bohaterów, miejs­ca na wyspie, akc­je, które może­my wykon­ać, pier­wszego gracza oraz wydarzeń na wyspie z odręb­ną koń­cową. Kar­ty są bard­zo spójne, wszys­tkie pochodzące z jed­nej grupy mają to samo tło, przez co są spójne i nie drażnią oka.

 

Tyle słońca w całym mieście

Hunger – the show jest grą impre­zową przez­nac­zoną dla dwóch do sześ­ciu osób. Jesteśmy uczest­nika­mi telewiz­yjnego show, których zadaniem jest przetr­wać, a potem uciec z bezlud­nej wyspy. Jak to w takich pro­dukc­jach bywa, negaty­w­na inter­akc­ja również będzie obec­na.

Są dwa wari­anty gry – z lub bez akcji spec­jal­nych. Każdy bohater ma dwie kart postaci, jed­ną zwykłą, a drugą przed­staw­ia­jącą wyjątkową umiejęt­ność – zwyk­le jest to możli­wość wyboru lep­szego łupu. Zde­cy­dowanie odradzam grę z akc­ja­mi spec­jal­ny­mi w dwie oso­by, w więcej jest lep­iej, ale nie uważam, żeby była to jakaś sza­łowa innowac­ja.

Każdy otrzy­mu­je dwa zestawy kart: czyn­noś­ci i miejsc. Dostęp­ne miejs­ca zależą od licz­by graczy: na dwie oso­by będziemy zagry­wać plażę lub obo­zowisko, od trzech osób będzie akty­wny las, a od pię­ciu góry. Zada­nia, które może­my wykon­ać są zawsze te same: kradzież, strażnik, zbieranie owoców, tratwy i kur­cza­ków. W swo­jej rundzie należy wyłożyć zakryte po jed­nej kar­cie z każdego rodza­ju, czyli będziemy infor­mować co i gdzie robimy. Zasa­da jest pros­ta: jeśli pójdziemy sami po zasób, zabier­amy dwa żetony, jeśli z kimś – dzie­limy się po jed­nym. Złodziej, gdy jest sam, zgar­nia wszys­tko, ale gdy spot­ka strażni­ka, nie ma nic. Obroń­ca nato­mi­ast otrzy­mu­je łupy i dary dziękczynne od innych. Jeśli nato­mi­ast 3 lub więcej osób idzie wykon­ać tę samą czyn­ność w tym samym miejs­cu, przeszkadza­ją sobie i nic się nie dzieje. Jest jeszcze ostat­nia opc­ja, gdy strażnik i złodziej nie mają co robić, bo są np. sami na danym polu. Wtedy nudzą się i zbier­a­ją kokosy (wydawało mi się, że są one abso­lut­nie niewartoś­ciowe, aż pewnego razu zna­jo­ma przetr­wała 3 rundy na samych orzechach).

Walking on sunshine

Cel gry jest łatwy – przetr­wać i uzbier­ać najwięcej częś­ci tratwy. Jed­nak jego osiąg­nię­cie nie jest już rzeczą tak banal­ną. Po każdej rundzie należy nakarmić swo­jego bohat­era żywnoś­cią o wartoś­ci 4. Na początku dosta­je­my co praw­da trochę kon­serw, jed­nak one szy­bko się kończą i trze­ba kom­bi­nować.  Co rundę odkry­wamy też kartę wydarzenia, który­mi są np. pta­sia gry­pa albo szczury w obo­zowisku. Łat­wo się domyślić, że w ten sposób dostęp­ne zaso­by kur­czą się jeszcze szy­b­ciej. Jako łatwiejszy wari­ant gry wydawnict­wo pro­ponu­je wybranie samych kart neu­tral­nych, ale… to takie nudne! Wśród tego sto­su zna­j­du­je się zakończe­nie show. Aby nie nastąpiło to zbyt szy­bko, instrukc­ja nakazu­je pota­sowanie dwóch stosów po pięć kart i dołoże­nie losowo do drugiego z nich koń­ca gry. Oczy­wiś­cie, jeśli wszyscy uczest­ni­cy show zostaną wye­lim­i­nowani i nie będą mieli co jeść, zwi­jamy kamery i może­my puś­cić smutne „the end”.

Feel happy when the sun is shining

Hunger – the show to gra emocjonu­ją­ca. Każdej roz­gry­w­ce towarzyszyły okrzy­ki złoś­ci czy roz­paczy, gdy ktoś zwinął mi ostat­nie jedze­nie albo tratwę. Gra jest bard­zo nieprzewidy­wal­na, gdyż rządzi nią spo­ra losowość. Nie mamy jak przewidzieć, co zagra­ją prze­ci­wni­cy (ale ist­nieje zależność, że losowość rośnie wraz z liczbą graczy) ani też, które zagranie opłaci nam się najbardziej. Zwyk­le brak strate­gii nie jest uciążli­wy, ot rzu­camy kar­ty, ktoś komuś coś zabierze, inni podzielą się łupem, a ostat­nia oso­ba zbierze kokosy. Jest naprawdę mało sytu­acji, które mogą ziry­tować i do razu zniechę­cić do dal­szych rund. Oczy­wiś­cie, taka musi­ała mi się przy­trafić. Oczy­wiś­cie, uznano, że z mojej winy. Dlaczego? Pier­wsza tura, wszyscy zagry­wa­ją kar­ty (licz­ba graczy: 5). Abso­lut­nie wszyscy pos­zli na plażę (opala­nia się zach­ci­ało…), ja również, ale jako złodziej. W rezulta­cie zabrałam wszys­tko co mogłam, zyskałam bard­zo dużą przewagę i wszyscy się zgniewali. Tak może się zadzi­ać, gdy grą rządzi losowość, ostrzegam lojal­nie.

Let the sun shine

Gra, wypro­dukowana przez Pha­lanx, jest niezbyt wyma­ga­ją­cym tytułem. I właśnie to spraw­ia, że jest tak ide­al­na na wakac­je. Na każdej imprezie, na której pro­ponowałam ten tytuł, była przyję­ta z zad­owole­niem. Jest też odpowied­nia dla typowego „odmóżdzenia” tak potrzeb­ne­go każde­mu zmęc­zone­mu i znud­zone­mu codzi­en­noś­cią człowiekowi. Pole­cam!

 

Plusy:

- grafi­ka

- małe pudełko

- odpowied­nia doza negaty­wnej inter­akcji

- losowość

 

Minusy:

- układanie żetonów w stos

- losowość (tak, znowu)

 

Dzięku­ję wydawnict­wo Pha­lanx za egzem­plarz do recen­zji!

Published in Gry imprezowe Gry karciane Recenzja