Tylko dokładne trafienia
Szukaj w tytule
Szukaj w treści
Szukaj w postach
Szukaj na stronach
Filtruj po kategoriach
Bez kategorii
e-Planszówka
Felieton
Gry dla dwóch
Gry ekonomiczne
Gry imprezowe
Gry jednoosobowe
Gry kafelkowe
Gry karciane
Gry kooperacyjne
Gry logiczne
Gry strategiczne
Kącik opowieści
Paski
Planszówkowa Lama
Recenzja
Relacja
TheFoTB prezentuje
Tiny Wooden Pieces
Top10
Unsorted
Up To 4 Players
Loading Quotes...

Macki, poczytalność i żółty znak, czyli recenzja Cthulhu Światy

W dobie deckbuildingu, gdyż tak można nazwać czas po powstaniu, legendarnego już, Dominiona, kolejna gra oparta na tej mechanice, nie staje się hitem niejako z automatu. Konkurencja jest coraz większa. Podobnie jest z tematyką mitów Lovecrafta. Cthulhu jest wszechobecny w grach planszowych. Dzięki wydawnictwu Baldar mogę postawić sobie pytanie, czy mieszanina dwóch utartych, ale sprawdzonych motywów nadal skutkuje dobrą grą?

Dawniej szaleństwo coś znaczyło, dziś wszyscy są szaleni.

D. Letterman

Kilka słów wstępu

Fanem prozy Howarda Philipa Lovecrafta jestem od czasów wczesnogimnazjalnych. Przy okazji poznawania takich komputerowych hitów jak Prisoner of Ice czy Call of Cthulhu Dark Corners of Earth wyczytałem gdzieś notkę o autorze opowiadań grozy z Providance. Z czystej ciekaowści dorwałem gdzieś jego sztandarowe dzieło. Zew Cthulhu wywarł na mnie ogromne wrażenie. Pomimo zatem swego rodzaju mainstreamowego podejścia do mitów, na każdą grę planszową, karcianą, rpg czy jeszcze jakąś inną osadzoną w uniwersum Nyarlathotepa <bo w sumie czemu to Wielka Mątwa ma sobie rościć prawa do całego świata> czekam z otwartymi ramionami, tak było i w tym przypadku.

Pudło pełne.... Kart?

Po uchyleniu wieka, niewielkiego pudełka, naszym oczom ukaże się instrukcja, 4 planszetki do oznaczania poczytalności kilka żetonów i, oczywiście, karty. Co do jakości wykonania, osobiście uważam, że nie mam się do czego przyczepić. Karty są naprawdę dobrej jakości, komiksowa szata graficzna prezentuje się nader dobrze. Fan twórczości samotnika z Providance z pewnością wychwyci masę ukrytych żartów, z przymrużeniem oka nawiązujących do opowiadań. Planszetki wykonane są z solidnej tektury, myślę że mogłyby nawet przetrwać zalanie bez większych uszkodzeń. Na jakość wydania naprawdę nie ma co narzekać, wszystko wygląda nieźle i jest trwałe. Oczywiście ze względu na mechanikę gry i tak zakoszulkowałem karty :). Instrukcja mogłaby być nieco lepiej napisana, gdyż prawdopodobnie efektem tłumaczenia powstaje kilka niejasności, nie mniej szybka pomoc Bgg je rozwiała.

 

 

W tym szaleństwie jest metoda!

Zasady gry są nieskomplikowane, aczkolwiek mnogość symboli bywa trudna do wyjaśnienia dla nowych graczy. Otrzymujemy startową talię kart i jak w rasowym deckbuildingu za ich pomocą rozbudowujemy bazowe karty o nowe nabyte za pomocą odpowiednich znaków. Kupować możemy jednak tylko karty wyłożone między nami a przeciwnikami, ma to znaczenie w rozgrywce na więcej niż dwie osoby. Celem gry jest jednak doprowadzenie pozostałych graczy do szaleństwa. Na planszetkach widnieje licznik punktów poczytalności gracza, które to punkty topnieją wraz z zagrywanie przez przeciwników potworów rodem z mitów, czy najemnych zbirów. Zwycięzcą zostaje ostatni  na placu boju, bądź ten spośród uczestników, który postradał zmysły w stopniu najmniejszym kiedy skończą się karty do kupowania. Jak wspomniałem, symboli jest naprawdę dużo, aczkolwiek daje nam to też potencjalnie wiele skutecznych do osiągnięcia celu strategii. Jeżeli użyję karty A to na karcie B udaje mi się wywołać efekt C, dzięki czemu jednym ruchem odzyskuje poczytalność, zabieram ją przeciwnikowi, dobieram 2 karty i mogę tak ciągnąć długą listę combosów... 🙂

Oszalej razem z nami...

Słowem podsumowania, Cthulhu Światy to bardzo solidnie wykonany deckbuilder, w którym tematyka Lovecraftowska jest silnie zarysowana aczkolwiek nie czujemy mrocznego klimatu, a raczej doszukujemy się zabawnych, nieco abstrakcyjnych żartów, w komiksowej grafice. Gra nastawiona jest na dużą dozę negatywnej interakcji, co zawsze mi się podoba. Wbijanie szpili kolegom czy koleżankom przeważnie wywołuje uśmiech na mej twarzy. W Cthulhu Światy grało mi się bardzo przyjemnie niezależnie od liczby graczy. Fakt, w przypadku gry w pełnym składzie, możemy atakować tylko naszych sąsiadów, to znaczy, że dobrze jest dogadać się z graczem siedzącym naprzeciwko ;).A co z ceną? Jest wysoka, bo za małe pudełko płącimy 80 zł... Nie mniej jeżeli zajrzymy do środka to już wiemy dlaczego. Płacimy za jakość wydania. Moim zdaniem to naprawdę dynamiczna i ciekawa pozycja dla osób, które lubią co najmniej jedno wymienionych: Mity Cthulhu, mechanizm budowania talii, negatywną interakcję.

Plusy

-Proste zasady

-Wykonanie

-Grafiki

-Regrywalność

-Negatywna interakcja, niektórych zachęci.

-Ukryte dowcipy dla fanów prozy Lovecrafta

Minusy

-Mnogość symboli na kartach konfunduje nowych graczy.

-Negatywna interakcja, niektórych odpycha.

-Instrukcja nie wyjaśnia wszelkich niuansów.

Dziękujemy wydawnictwu Baldar za przekazanie gry do recenzji

Aleris

Moja przygoda z grami planszowymi zaczęła się już we wczesnej młodości, gdyż w wieku lat siedmiu zacząłem z tatą odkrywać tajniki szachów, Grzybobrania, Eurobiznesu (na którym w końcu każdy się wychował), itp. Powoli przerzuciliśmy się na bardziej zaawansowane jak na lata 90-te produkty firmy MB Parker. Operacja, Upiorne Zamczysko czy Pułapka na myszy do dnia dzisiejszego kurzą się na strychu. Później w moim sercu miejsce dla siebie znalazły RPG-i. Przez długi czas nie myślałem o powrocie do zwykłych gier planszowych. Wszystko zmieniło się, gdy urzekł mnie opis gry pod tytułem Munchkin... Bez dłuższego zastanawiania się zainwestowałem w tę pozycję i tak bardzo wciągnęła moich znajomych - nie raz skracaliśmy sesję, ażeby tylko trochę popsuć sobie nawzajem krwi przy zdobywaniu skarbów i poziomów. Następne wydarzenia potoczyły się niemalże lawinowo. Noc Planszówek organizowana przez Centrum Gier Pegaz, wciągnięcie znajomych... Od zakupu Munchkina mijają niespełna 3 lata. Dziś już wiem czym są gry kooperacyjne, co mi się w grach podoba, a co nie.

Kiedy przyjaciel zapytał mnie czy chcę uczestniczyć w projekcie The Fellowship of the Board (choć jeszcze się tak nie nazywał) nie miałem najmniejszych wątpliwości. Zabrałem ciężki wolumin księgi zaklęć i ruszyłem by wesprzeć dawnego towarzysza.