Tylko dokładne trafienia
Szukaj w tytule
Szukaj w treści
Szukaj w postach
Szukaj na stronach
Filtruj po kategoriach
Bez kategorii
e-Planszówka
Felieton
Gry dla dwóch
Gry ekonomiczne
Gry imprezowe
Gry jednoosobowe
Gry kafelkowe
Gry karciane
Gry kooperacyjne
Gry logiczne
Gry strategiczne
Kącik opowieści
Paski
Planszówkowa Lama
Recenzja
Relacja
TheFoTB prezentuje
Tiny Wooden Pieces
Top10
Unsorted
Up To 4 Players
Loading Quotes...

Hawajska raz! Czyli jak prowadzić pizzerię – recenzja Mamma Mia!

Któż z nas może z czystym sumieniem powiedzieć, że nie lubi Pizzy? Zapewne niewielu... Fenomen ciasta, sosu pomidorowego, sera i dodatków trafił w moje gusta już dawno temu. W swej młodości zdarzyło mi się również toczyć komputerowe rozgrywki w stareńkie już, acz nadal wyjątkowo dla mnie przyjemne Pizza Syndicate, gdzie wcielaliśmy się we właściciela sieci lokali gastronomicznych serwujących tytułowy przysmak. Najciekawszym elementem tej strategii ekonomicznej było jednak tworzenie nowych kombinacji składników do oferty. Tuż po wymyśleniu nowego przepisu mieliśmy okazję przetestować go na różnych grupach docelowych klientów.... Tak to była zdecydowanie ciekawa zabawa, ale odbiegam od tematu, wszak blog poświęcony jest rozrywce planszowej. W roku 1999 niezbyt znany wtedy mężczyzna opracowuje grę o prowadzeniu pizzerii. Z zasady gra ma być prosta trafić do mas. Autor nie wie jeszcze, iż niedługo stanie się jednym z najbardziej rozpoznawalnych nazwisk w świecie gier planszowych... Tak powstała Mamma Mia Uwe Rosenberga, której poświęcam ten tekst.

W niewielkim pudełku otrzymujemy instrukcję oraz 110, zaskakująco dobrej jakości, kart. W pierwszej kolejności dzielimy je na dwa rodzaje. Karty kelnera – osobne w kolorze każdego z graczy, oraz karty składników. Wśród ingrediencji możemy wyróżnić 5 różnych dodatków – papryczkę jalapenos, pieczarki, ananasa, peperoni i oliwki. Karty kelnera przedstawiają natomiast zamówienia u niego złożone. Naszym celem jest w ciągu trzech rund ukończyć jak najwięcej zamówień.

Na start każdy z graczy otrzymuje 6 składników z talii oraz jedną kartę kelnera w swoim kolorze. W trakcie tury dokładamy dowolną liczbę składników, tego samego rodzaju, z ręki do tak zwanego pieca (czyli na środek stołu). Musimy przy tym obwieszczać to wszem i wobec w charakterystyczny kuchenny sposób: „3 oliwki raz!”. Samo to wywołuje już uśmiech na twarzy, szczególnie gdy ktoś zinterpretuje obrazek nieco inaczej. Podczas naszych rozgrywek ananas stał się już serem, oliwka śliwką, a papryczka... no to już nie nadaje się do napisania... ;). Kiedy dokonamy już dołożenia składników, możemy opcjonalnie dodać do pieca kartę zamówienia, jeżeli uważamy, że znajdują się tam już wszystkie wymagane do jego spełnienia karty. Na koniec tury dobieramy karty do siedmiu. Ważna zasada – dobieramy je z talii składników albo ze stosiku kelnera, nie możemy tego łączyć. Gramy w ten sposób do czasu aż wyczerpie się stos składników. Wtedy obracamy piec i zaczynając od pierwszej dołożonej karty zaczynamy segregować składniki. Kiedy natrafiamy na kartę zamówienia, zainteresowany gracz sprawdza czy udało mu się je wykonać. Jeżeli w piecu zabraknie jakiegoś składnika można dorzucić surowiznę z kart, które pozostały na ręce. Udane zamówienie kładziemy przed sobą jako nasz punkt, nieudane ląduje na spodzie talii kelnera. Wszystkie składniki zużyte do konkretnej pizzy lądują poza piecem, tworząc nową talię do dobierania. Podobnie rozgrywamy dwie kolejne rundy. Jak wspomniałem zwycięża osoba, która wykonała więcej zamówień, a w przypadku remisów, ten kto ma więcej kart składników na ręce – wskazuje to, że dorzucał mniej surowizny do pizzy. 😉

Wiemy już co dostajemy, wiemy jak grać, czas zatem na podsumowanie. Mamma Mia to prosta, tania gra. Bardzo dobrze sprawdza się jako przerywnik między cięższymi tytułami. Niewielkie gabaryty pozwalają również na grę w miejscach nieprzystosowanych do tego celu. Losowość w grze występuje w formie usprawniającej regrywalność, ale zupełnie nie przeszkadza. Mój wynik uzależniony jest bardziej od podejmowanych decyzji i zapamiętywania jedzenia znajdującego się w piecu aniżeli od tego jakie akurat dobrałem karty. Szczerze, nie spodziewałem się zbyt wiele po tym niewielkim tytule a stał się w naszym gronie jednym z częściej ogrywanych przerywników. Z całą stanowczością polecam. Nawet się nie zastanawiajcie. Czy jest się do czego przyczepić... Na siłę można by. Jeżeli ktoś wypracuje sobie przewagę w ciągu pierwszej tury to trudno go dogonić ale nadal nie jest to niemożliwe. No i wariant dwuosobowy działa średnio. Za cenę niecałych 40zł otrzymujecie solidny produkt. Wydawnictwo G3 spisało się na medal, w tym przypadku jakość  i zabawa z gry przewyższają jej koszt wielokrotnie.

Plusy

- Proste zasady

-Krótki czas rozgrywki

-Przyjemna oprawa graficzna

-Niska cena

-Wysoka regrywalność

-Występuje syndrom „kolejnej partii”

-Jest dynamiczna

-Dobrze się skaluje na 3,4 i 5 osób

Minusy

-Niektórym może przeszkadzać losowość

-Dobrze rozegrana przez gracza pierwsza runda może mu dać zdecydowaną przewagę

-Działa nieco gorzej przy dwóch graczach

 

Aleris

Moja przygoda z grami planszowymi zaczęła się już we wczesnej młodości, gdyż w wieku lat siedmiu zacząłem z tatą odkrywać tajniki szachów, Grzybobrania, Eurobiznesu (na którym w końcu każdy się wychował), itp. Powoli przerzuciliśmy się na bardziej zaawansowane jak na lata 90-te produkty firmy MB Parker. Operacja, Upiorne Zamczysko czy Pułapka na myszy do dnia dzisiejszego kurzą się na strychu. Później w moim sercu miejsce dla siebie znalazły RPG-i. Przez długi czas nie myślałem o powrocie do zwykłych gier planszowych. Wszystko zmieniło się, gdy urzekł mnie opis gry pod tytułem Munchkin... Bez dłuższego zastanawiania się zainwestowałem w tę pozycję i tak bardzo wciągnęła moich znajomych - nie raz skracaliśmy sesję, ażeby tylko trochę popsuć sobie nawzajem krwi przy zdobywaniu skarbów i poziomów. Następne wydarzenia potoczyły się niemalże lawinowo. Noc Planszówek organizowana przez Centrum Gier Pegaz, wciągnięcie znajomych... Od zakupu Munchkina mijają niespełna 3 lata. Dziś już wiem czym są gry kooperacyjne, co mi się w grach podoba, a co nie.

Kiedy przyjaciel zapytał mnie czy chcę uczestniczyć w projekcie The Fellowship of the Board (choć jeszcze się tak nie nazywał) nie miałem najmniejszych wątpliwości. Zabrałem ciężki wolumin księgi zaklęć i ruszyłem by wesprzeć dawnego towarzysza.
  • Świet­na gra, recen­zja jesz­cze lep­sza. Z tego co wiem, to na począt­ku bie­rze­my 5 kart skład­ni­ków, a 2 kar­ty zamó­wie­nia. Tak przy­naj­mniej gra­li­śmy w pn.

    • A dzię­ku­ję 🙂 Jed­nak odwo­łu­jąc się do instruk­cji pozo­sta­ję przy mojej wer­sji, acz cie­ka­wy wariant ponie­dział­ko­wy 😉