Tylko dokładne trafienia
Szukaj w tytule
Szukaj w treści
Szukaj w postach
Szukaj na stronach
Filtruj po kategoriach
Bez kategorii
e-Planszówka
Felieton
Gry dla dwóch
Gry ekonomiczne
Gry imprezowe
Gry jednoosobowe
Gry kafelkowe
Gry karciane
Gry kooperacyjne
Gry logiczne
Gry strategiczne
Kącik opowieści
Paski
Planszówkowa Lama
Recenzja
Relacja
TheFoTB prezentuje
Tiny Wooden Pieces
Top10
Unsorted
Up To 4 Players
Loading Quotes...

Potwory w Tokio: Doładowanie!

W połowie września, wydawnictwo Egmont wydało pierwszy dodatek do jednej z ciekawszych gier w jakie zdarzyło mi się zagrać – do Potworów w Tokio. Doładowanie (oryginalnie Power up). Rozszerzenie składa się z nowej postaci jaką jest potwór przypominający pandę, Pandokai, a także łącznie 56 kart tak zwanych ewolucji w formacie niewielkich kwadratów. Karty te stanowią swego rodzaju zróżnicowanie dla grywalnych postaci sprawiając, iż nabywają one nowych właściwości.

Jak wygląda nowe Tokio?

Egmont przyzwyczaił nas już w podstawowej wersji gry, do bardzo dobrej jakości komponentów. W tym przypadku nie jest inaczej. Karty ewolucji to grube kartoniki, raczej mało prawdopodobne aby coś im się mogło stać, chociaż przesadna ostrożność niektórych, spośród moich współgraczy, nakazywała proces laminowania... Planszetka nowej postaci niczym nie odbiega od tych z podstawowej wersji gry.



Walczymy na nowych zasadach!

Nowa regułą brzmi: Jeżeli wyrzucisz na kostkach naraz trzy serca to nie dość, że leczysz sobie trzy rany, to jeszcze dodatkowo dociągasz jedną z 8 kart ewolucji, przypisanych twojej postaci. Karty te dzielą się na dwa rodzaje, tymczasowe i permanentne. Te pierwsze działają jednorazowo celem konkretnego potężnego efektu, te drugie natomiast pasywnie wspomagają postać cały czas. Karty ewolucji nadają potworom specjalnych zdolności – na przykład King może zostać Samcem alfa czy Królem Tokio co daje mu dodatkowe punkty jeżeli jest w Tokio, Cyber Bunny ma szansę otrzymać elektryczną marchewę dzięki czemu dostaje kostki energii podczas ataku. Każda z grywalnych postaci nastawiona jest na nieco inne warunki zwycięstwa. Wspomniana już małpa zbiera punkty, królik – energię za którą może kupować taniej niż pozostali karty, Alienoid odwrotnie – może zużywać energię na różne efekty, Kraken natomiast unika obrażeń, Pandokai nabył zdolność manipulowania wynikami na kostkach, Gigazaur podstępnie odbiera punkty przeciwnikom, a ostatni lecz nie mniej ważny Meka Dragon bije wszystko i wszystkich.

Czytając powyższy akapit można mieć słuszne obawy: a co jeśli pozostali gracze mają już ewolucje, ułatwiające im drogę do zwycięstwa, a ja nadal nie wyrzuciłem trzech serc? Odpowiedź jest prosta – masz przechlapane. Taki już urok losowej gry...

Beczka miodu

Ale czy na pewno? Jakież było moje zdziwienie gdy na 4 stronicowej instrukcji na samym końcu, tam gdzie zwykły widnieć nazwiska autorów znalazł się opis 3 dodatkowych wariantów gry z kartami ewolucji. Pierwszy polega na tym, iż na początku gry każdy tasuje swój stosik kart z dodatku po czym dobiera jedną. W ten sposób wszyscy gracze mogą cieszyć się rozszerzeniem już od pierwszych chwil zabawy. Pozostałem zasady pozostają niezmienne. Drugie urozmaicenie pozwala, podobnie do pierwszego na dobranie karty na początku rozgrywki, z tą różnicą, że tym razem ciągniemy dwie karty i jedną z nich wybieramy, a druga ląduje na spodzie stosu. Ostatnim wariantem jest, znana większości mechanika draftu z 7 cudów. Każdy dostaje karty swojego potwora, świadomie wybiera z nich jedną po czym resztę podaje graczowi siedzącemu obok i tak aż skończą się karty do przekazywania.

Łyżka dziegciu

Muszę przyznać, że te warianty zdecydowanie przypadły mi do gustu, szczególnie pierwsze dwa. Ostatni jest najciekawszy mechanicznie ale tak naprawdę pojawia się w moim sercu pewien zgrzyt fabularny. Pewnie nikomu innemu (no może znam jeszcze jedną osobę) nie przeszkadzałoby to, że olbrzymia małpa używa ewolucji przeznaczonej dla Alienoida i wzywa statek matkę. Mnie to drażni, nie po to nadano potworom unikalne zdolności aby je wymieszać. Z punktu widzenia hardcorowych graczy to zapewne lepsza opcja, poznamy jakie możliwości mają przeciwnicy, w końcu przez nasze ręce przesunęły się wszystkie biorące w grze udział karty. Podczas testów jednak doszło do kuriozalnej sytuacji w której czekaliśmy na przekazanie kart za każdym razem po 5 minut bo jeden z uczestników musiał dokładnie przeanalizować każde za i przeciw swoich wyborów. A co by było gdyby nie daj Boże, więcej takich osób się trafiło podczas gry? Refleksje i prognozy pozostawiam Wam.

Werdykt

Doładowanie, to dodatek, który zdecydowanie odświeża grę Potwory w Tokio. Nie jest być może szczególnie obszerny ale zmiany które wprowadza niesamowicie mi się spodobały. Personalizowanie potworów, nadawanie im nowych cech,  których każda ma nową utrzymującą absurdalny klimat nazwę. Walczyłem Cyber króliczkiem z dodatkową głową posługującym się elektryczną marchewą czy to nie brzmi epicko? 😀 Dwa z trzech wariantów zaliczam na plus, ostatni może przypaść do gustu jakimś masochistom lubiącym wydłużać sobie przygotowanie gry dłużej niż trwa sam gameplay. Jedyne do czego mogę się przyczepić na poważnie to cena. 56 kart, planszetka i postać potwora kosztują około 70zł, co stanowi połowę ceny podstawki.

Plusy

-Nowa ciekawa postać

-Każdy potwór jest inny

-Ciekawe warianty ograniczające losowość

-Odświeżenie gry

-Elektryczna Marchewa God damn it!

Minusy

-Wariant draftu

-Cena

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za egzemplarz do recenzji

Aleris

Moja przygoda z grami planszowymi zaczęła się już we wczesnej młodości, gdyż w wieku lat siedmiu zacząłem z tatą odkrywać tajniki szachów, Grzybobrania, Eurobiznesu (na którym w końcu każdy się wychował), itp. Powoli przerzuciliśmy się na bardziej zaawansowane jak na lata 90-te produkty firmy MB Parker. Operacja, Upiorne Zamczysko czy Pułapka na myszy do dnia dzisiejszego kurzą się na strychu. Później w moim sercu miejsce dla siebie znalazły RPG-i. Przez długi czas nie myślałem o powrocie do zwykłych gier planszowych. Wszystko zmieniło się, gdy urzekł mnie opis gry pod tytułem Munchkin... Bez dłuższego zastanawiania się zainwestowałem w tę pozycję i tak bardzo wciągnęła moich znajomych - nie raz skracaliśmy sesję, ażeby tylko trochę popsuć sobie nawzajem krwi przy zdobywaniu skarbów i poziomów. Następne wydarzenia potoczyły się niemalże lawinowo. Noc Planszówek organizowana przez Centrum Gier Pegaz, wciągnięcie znajomych... Od zakupu Munchkina mijają niespełna 3 lata. Dziś już wiem czym są gry kooperacyjne, co mi się w grach podoba, a co nie.

Kiedy przyjaciel zapytał mnie czy chcę uczestniczyć w projekcie The Fellowship of the Board (choć jeszcze się tak nie nazywał) nie miałem najmniejszych wątpliwości. Zabrałem ciężki wolumin księgi zaklęć i ruszyłem by wesprzeć dawnego towarzysza.