Tylko dokładne trafienia
Szukaj w tytule
Szukaj w treści
Szukaj w postach
Szukaj na stronach
Filtruj po kategoriach
Bez kategorii
e-Planszówka
Felieton
Gry dla dwóch
Gry ekonomiczne
Gry imprezowe
Gry jednoosobowe
Gry kafelkowe
Gry karciane
Gry kooperacyjne
Gry logiczne
Gry strategiczne
Kącik opowieści
Paski
Planszówkowa Lama
Recenzja
Relacja
TheFoTB prezentuje
Tiny Wooden Pieces
Top10
Unsorted
Up To 4 Players
Loading Quotes...

Pierwsze starcie: Celestia

Pamiętacie jeszcze przygody Guliwera? Główny bohater próbował odnaleźć podniebną krainę zwaną Celestią. W grze planszowej o tym samym tytule wcielamy się w podróżników na pokładzie latającego statku, usiłujących osiągnąć to, co nie udało się bohaterowi książki.

W pudełku z grą znalazły się kostki, pionki, talie kart dwóch rozmiarów. Pierwsze to karty skarbów drugie natomiast to te które będziemy zagrywać podczas naszej podróży. Oprócz tego mamy do złożenia podniebny statek oraz żetony miast, przez które przyjdzie nam lecieć.

Jak się w to gra?

Rozkładamy żetony miast w wyznaczonej kolejności, obok nich talie skarbów odpowiednich dla danego żetonu. Wszyscy gracze umieszczają swoje pionki na statku po czym umieszczają statek na polu pierwszego miasta. Dobieramy liczbę kart zależną od liczby graczy, pierwszy z uczestników zabawy zostaje mianowany kapitanem i.... Lecimy. Kapitan rzuca kostkami w liczbie równej symbolom kostek znajdującym się na następnym kafelku miasta. Im dalej tym kostek jest więcej. Po tym zdarzeniu ukazują nam się, jako wyniki na sześcianach, zagrożenia, z którymi musi poradzić sobie kapitan w tej turze aby dolecieć do następnej przystani. W tym momencie gracze decydują czy zostają na statku czy go opuszczają. Po podjęciu decyzji, kapitan odrzuca karty z symbolami widocznymi na kostkach i przesuwa statek dalej albo, jeżeli nie posiada wystarczającej liczby kart statek rozbija się i wracamy na start. Na koniec tury kapitanem zostaje kolejny gracz. Osoby, które opuściły statek dobierają automatycznie jeden skarb z miasta, w którym się znajdują co może się opłacić, jeśli kapitan sobie z wyzwaniem nie poradzi albo obrócić się przeciwko nam gdyż kiedy statek poleci dalej, nasz pionek nie uczestniczy już w wyprawie do momentu rozbicia okrętu. Karty skarbów ukazują wartości punktowe, im dalsze od startu miasto, tym cenniejsze skarby. Wygrywa osoba, która jako pierwsza zbierze 50 punktów.

Muszę przyznać, że ta niesamowicie prosta gra mnie urzekła. Z chęcią rozegram jeszcze kilka partii, gdyż wysoki stopień losowości zupełnie w niej nie przeszkadza. Podejmowane decyzje są emocjonujące i cały czas mamy tę niepewność czy uda się polecieć dalej czy może warto statek opuścić? Dodatkowego smaczku dodają karty specjalne mające szereg różnych funkcji. Przykładowo jedna z nich mówi: Kiedy się rozbijecie zagraj tę kartę aby zdobyć skarb z miast do którego dolecieliście. Inne z kolei wprowadzają elementy negatywnej interakcji, czy pozwalają wpływać na kostki. Czekam na następne rozgrywki, a Wy spodziewajcie się pełnej recenzji. 🙂

Aleris

Moja przygoda z grami planszowymi zaczęła się już we wczesnej młodości, gdyż w wieku lat siedmiu zacząłem z tatą odkrywać tajniki szachów, Grzybobrania, Eurobiznesu (na którym w końcu każdy się wychował), itp. Powoli przerzuciliśmy się na bardziej zaawansowane jak na lata 90-te produkty firmy MB Parker. Operacja, Upiorne Zamczysko czy Pułapka na myszy do dnia dzisiejszego kurzą się na strychu. Później w moim sercu miejsce dla siebie znalazły RPG-i. Przez długi czas nie myślałem o powrocie do zwykłych gier planszowych. Wszystko zmieniło się, gdy urzekł mnie opis gry pod tytułem Munchkin... Bez dłuższego zastanawiania się zainwestowałem w tę pozycję i tak bardzo wciągnęła moich znajomych - nie raz skracaliśmy sesję, ażeby tylko trochę popsuć sobie nawzajem krwi przy zdobywaniu skarbów i poziomów. Następne wydarzenia potoczyły się niemalże lawinowo. Noc Planszówek organizowana przez Centrum Gier Pegaz, wciągnięcie znajomych... Od zakupu Munchkina mijają niespełna 3 lata. Dziś już wiem czym są gry kooperacyjne, co mi się w grach podoba, a co nie.

Kiedy przyjaciel zapytał mnie czy chcę uczestniczyć w projekcie The Fellowship of the Board (choć jeszcze się tak nie nazywał) nie miałem najmniejszych wątpliwości. Zabrałem ciężki wolumin księgi zaklęć i ruszyłem by wesprzeć dawnego towarzysza.