Tylko dokładne trafienia
Szukaj w tytule
Szukaj w treści
Szukaj w postach
Szukaj na stronach
Filtruj po kategoriach
Bez kategorii
e-Planszówka
Felieton
Gry dla dwóch
Gry ekonomiczne
Gry imprezowe
Gry jednoosobowe
Gry kafelkowe
Gry karciane
Gry kooperacyjne
Gry logiczne
Gry strategiczne
Kącik opowieści
Paski
Planszówkowa Lama
Recenzja
Relacja
TheFoTB prezentuje
Tiny Wooden Pieces
Top10
Unsorted
Up To 4 Players
Loading Quotes...

Pierwsze starcie – 7 Cudów Świata: Pojedynek

Jak co miesiąc, na nocy planszówek Centrum Gier Pegaz udostępniało nowe tytuły do zagrania. I upolowałem właśnie jeden z nich, wyczekiwany przeze mnie – 7 Cudów Świata: Pojedynek. Jak większość, grałem w zwykłą wersje. Próbowałem rozegrać wariant dwuosobowy z moją dziewczyną, ale nie sprawiało mi to tyle radości, co na większą liczbę graczy. Moim zdaniem ten tryb był zrobiony trochę „na siłę”. Tenże problem ma właśnie rozwiązać nowa wersja, dedykowana dla dwóch graczy.

Potrzebowałem tylko chwili czasu na zrozumienie zasad i znalezienie godnego przeciwnika. W pobliżu był akurat PowerMilk, który zginął podczas partii w Wojowników Podziemi. W dawnych czasach, kiedy graliśmy w planszówki, stawałem się jego Nemezis, zatem lepszego oponenta znaleźć nie mogłem . W dodatku po raz kolejny wpadł na ten sam pomysł, co ja (albo to ja wpadłem na ten sam pomysł, co on)  – aby zrobić zdjęcia z rozgrywki (chyba któryś z nas opanował zdolności telepatyczne). Zapraszam więc do mojej opowieści o wrażeniach z gry.

Zacznę od zasad. Dla tych, co grali w zwykłe 7 Cudów Świata to śmiało mogę powiedzieć, że są wręcz identyczne. Różnią się tylko paroma rzeczami. Jeśli zaś nie grałeś, to spokojnie – instrukcja jest dobrze napisana, więc na pewno ją zrozumiesz. Na początku gry wybieramy po cztery cuda do swojego miasta. Dla ułatwienia, wzięliśmy te, które sugerowała instrukcja.

Usuwamy po 3 losowe karty z każdej z trzech epok i dodajemy 3 karty gildii do ostatniej. Wraz z pomocą instrukcji, ustawiamy dla każdej ery karty budowli w „piramidę”, uwzględniając, że niektóre z nich są odkryte, a część zakryta. Na zmianę, każdy bierze jedną z wierzchnich kart, czyli tą odkrytą, nieprzysłoniętą żadną częścią innej. Wtedy mamy 3 możliwości:

  • wznieść budowlę, spełniając jej koszt;
  • odrzucić kartę i otrzymać monety;
  • rozbudować jeden ze swoich cudów, opłacając wymagania wskazane na karcie cudu.

Tak jak w zwykłej wersji mamy kilka rodzajów budowli: brązowe i szare odpowiadają za produkcje surowców, niebieskie za punkty, zielone za naukę, żółte za handel, czerwone za wojska, fioletowe zaś, to gildie. Gdy nam braknie surowców, możemy je kupić z banku. Lecz im więcej tego surowca produkował przeciwnik, tym my musimy więcej zapłacić.

Koniec gry następuje po III epoce. Wtedy każdy z graczy liczy swoje punkty – ten kto ma najwięcej, zostaje zwycięzcą. W przeciwieństwie do podstawowej wersji, nie jest to jedyny warunek zwycięstwa. Na środku stołu znajduje się tor konfliktu. Za każdy symbol siły militarnej, przesuwamy pion wojny w stronę przeciwnika. Gdy dojdzie do końca, wygrywamy grę. Możemy również zakończyć ją w bardziej pokojowy sposób. Na zielonych kartach znajdują się symbole naukowe. Kiedy dobieramy drugi taki sam, możemy wziąć żeton rozwoju dający nam różne bonusy, najczęściej punktowe. Gdy posiadamy 6 na 7 różnych symboli, zwyciężamy.

Gra już samą mechaniką mnie ujęła. Od początku mogliśmy sobie zaplanować, jakie budowle chcemy mieć w swoim mieście. Mały element losowości w postaci zakrytych kart, potrafił mile zaskoczyć i zmienić nasze priorytety. Świetny pomysł na rozgrywkę dla dwóch osób. Podobnie jak w podstawowej wersji, każdy miał swoją strategie rozbudowy. Ja, jak zwykle poszedłem w niebieskie karty mając sporą przewagę punktową. Oprócz tego, widząc że PowerMilk się nie bronił, zacząłem się zbroić militarnie. Za to on dążył do zwycięstwa naukowego.

 

W obu wersjach bardzo ważne są surowce. W trakcie partii stwierdziłem, że jest to na początku najwyższy priorytet. Obydwaj mieliśmy problemy i dopłacaliśmy do wybudowania kart, sporą ilość pieniędzy. W zwykłych 7 Cudach, nie było z tym takiego dużego problemu. Tutaj zaś, co chwila musiałem płacić. Następnym razem postaram się skupić na pozyskiwaniu monet lub kart z surowcami.

Również ważnym aspektem są cuda, które po wybudowaniu dają sporą przewagę, w postaci monet, punktów, a nawet dodatkowej rundy. Jak sam tytuł mówi, w grze może być maksymalnie 7 cudów. Niestety, gdy PowerMilk skończył swój ostatni cud, ja się dopiero nimi zainteresowałem. I wtedy zobaczyłem, jak wiele dobrego dają. Choć wybudowałem jedynie trzy, to pozwoliły mi dogonić mojego przeciwnika. W zwykłej wersji nie miały tak dużego wpływu. Niektórzy nawet nie rozbudowywali w ogóle swojego cudu, skupiając się na bonusach wyłącznie z kart.

Bardzo spodobały mi się również inne drogi zwycięstwa. Tak jak mi było ciężko wygrać militarnie, tak PowerMilk z łatwością zdobywał kolejne symbole. Ale zabrakło mu jednego do wygranej. Przeciwnik, który nie pilnuje co się dzieje po drugiej stronie stołu, w bardzo prosty sposób zostanie pokonany. Wymusza to na nas pobieranie kart które nie są nam potrzebne, a przeciwnikowi i owszem. Dzięki temu widzę tutaj dużo więcej interakcji między graczami.

Sam pojedynek zakończył się remisem – 55 punktów dla każdego. Sprawdzałem dwa razy i nadal wychodziło to samo. Standardowo u mnie dominowała wieżyczka z niebieskich kart dająca mi aż 32 punkty. PowerMilk wyznawał zasadę zrównoważonego rozwoju. Po tej jednej partii zachciałem więcej. Nawet zastanawiałem się nad zakupem. Ale to jest coś nad czym długo będę myślał, bowiem cena jest dosyć duża jak na zawartość. Nie zaprzeczę dobrej jakości wykonania, ale nie każdy od razu będzie w stanie tyle wydać na grę dla 2 graczy. Pomimo tego gorąco polecam ten tytuł. Tymczasem do zobaczenia przy planszy.

 

  • Żaden zrów­no­wa­żo­ny roz­wój, sze­dłem na nauko­we zwy­cię­stwo.

    • Ale coś Ci nie wyszło 😉

      • A po jakiś pata­fian odrzu­cił jed­ną zie­lo­ną kar­tę 😉

        • nie wiem, nie znam czło­wie­ka 😉